splash! Festival 2009 - relacja

"Nie biorę tego gówna" - tymi słowami Lady Sovereign, wypowiedzianych po tym, kiedy ktoś wrzucił na scenę strzykawkę można streścić tegoroczną edycję splash! Festivalu. Organizatorzy postanowili zdobyć nową publikę - dlatego w tym roku na festiwalu hip-hopowym/reggae`owym można było usłyszeć sporo muzyki elektronicznej. Sam jestem fanem, ale niestety przyciągnęła ona nie tę publikę, co trzeba. Dużo więcej agresji i twarde narkotyki, których na poprzednich edycjach nie było widać. Mam nadzieję, że organizator zauważy swój błąd i w przyszłym roku będzie to typowy festiwal hiphop/reggae. Bo tegoroczna edycja z one love nie miała nic wspólnego. 

Ale zacznijmy od początku. Tegoroczny splash! to już 12. edycja tego festiwalu. Odbył się on od 10-12 lipca na półwyspie Ferropolis. Lokalizacja została zmieniona tydzień przed rozpoczęciem festiwalu, co nie nastrajało zbyt optymistycznie. W moim subiektywnym odczuciu głównymi headlinerami byli: Method Man i Redman, Q-Tip, Talib Kweli oraz Santigold. Było pięć różnych scen, na których wystąpiło ponad 100 różnych wykonawców. Oprócz tego zawody write4gold, mały skatepark, stoisko z 360. Naprawdę nie było powodów do nudy.

Czwartek

Wyruszamy z Berlina wraz z ludźmi z forum mysplash.de. Dojazd przebiegł szybko i sprawnie. Około godziny 19.00 dotarliśmy na teren festiwalu. Pierwszymi osobami, które spotkałem po wyjściu z auta - była ekipa z polskiego spinnera. Po akredytacji i otrzymaniu vipowskich opasek postanowiliśmy wspólnie rozbić się na polu namiotowym. BTW: Pamiętajcie! Nigdy nie kupujcie najtańszych namiotów z hipermarketu. Dobra rada. Po lepszym zapoznaniu się i po paru procentacj w krwii więcej, udaliśmy się w stronę scen. I tu pierwsza niemiła niespodzianka. Sceny od pola namiotowego oddalone są o ok. 30 min drogi pieszo. Całe szczęście od piątku kursowały już shuttlebusy. Wypełnione po brzegi - ludzie czuli się jak w Afryce. Nam to jednak całe szczęście nie przeszkadzało - dla VIPów kursowały oddzielne autobusy. Po dotarciu do sceny dowiedzieliśmy się o oficjalnym beforeparty zorganizowanym przez Redbulla. Na scenie ustawionej na busie Redbulla w jednym z hangarów występowali znani niemieccy wykonawcy hiphopowi - K.I.Z. czy Imbiss Bronko. Nagłośnienie było beznadziejne, ale zabawa była przednia. K.I.Z. wiedzą jak rozkręcić dobrą imprezę wśród hiphopowców - i to niekoniecznie w rytmach hiphopowych. Stagediving wykonawców był na porządku dziennym. Koło 4 w nocy udaliśmy się z powrotem do namiotów, zapoznając się przy okazji z innymi pijanymi splashowiczami.

Piątek

W piątek występowali między innymi m.in. Santigold, The Streets, Talib Kweli, Deichkind, Zion I, Heltah Skeltah oraz Peaches. Mike Skinner spóźnił się na swój koncert, z tego powodu kolejność line upu została zmieniona. W miejsce The Streets zagrał Talib Kweli, co zdenerwowało wielu fanów Taliba, bo nie udało im się dotrzeć na jego koncert. Ja byłem tym szczęśliwcem, któremu udało się przez przypadek dowiedzieć o tym. Talib Kweli zagrał porządny koncert porządnego trueschoolowego rapu. Dał naprawdę dobre show. Jednak moim największym pozytywnym zaskoczeniem była Santigold. Ta artystka z Brooklynu w 2008 roku otrzymała nagrodę jako Best Breakthrough Artist w NME-Awards. Jak dla mnie dała czadu. Jeden z lepszych występów, o ile nie najlepszy, na całym splashu!. Na scenie cały czas uśmiechnięta. Widać było, że występ sprawiał jej ogromną frajdę. Jednak prawdziwym numerem jeden całego splasha! byli dla mnie Deichkind. To niemiecki zespół rapowo-elektroniczny. Sam bardzo za ich muzyką nie przepadam, ale show było pierwszorzędne. Trampoliny, LCD na głowach wykonawców, "pływanie" pontonem na rękach publiczności, piwo z rur dla ludzi w pierwszych rzędach. Show po części skandaliczny - jeden z członków w jednym z kawałków chodził nago po scenie czy udawanie pedalskiego seksu. Ale to jest takie coś, co nie zapomni się na długggoooo.

Sobota

Sobotni line-up również zapowiadał się bardzo ciekawie. Dizzee Rascal, Q-Tip, Method Man & Redman, Black Milk, Sefyu, Immortal Technique czy Lady Sovereign. Dizzee Rascal dał naprawdę fajne elektroniczne show. Szkoda wielka, że poczas jego całego show lało jak z cebra, przez co nie do końca udało mi się cieszyć jego koncertem jak powinienem. Black Milk bardzo pozytywne zaskoczenie. Grał z żywym bandem. Wrażenia niesamowite. Niemiecki zespół K.I.Z., który występował bezpośrednio przed Q-Tipem wyśmiał go. Nie mógł wystąpić na scenie z powodu bólu pleców... Method Man & Redman jak dlamnie duże rozczarowanie. Koncertowi brakowało energii. Dużo lepiej bawiłem się na samym Redmanie dwa lata wcześniej. Jednak tuż po nich występowała w jednym z namiotów Lady Sovereign. Pierwsze, co dało się zauważyć to jej niski wzrost. Jak dla mnie góra 1.50 (śmiech). Jej występ był pełen energii i zabaw z publicznością. Sov potrafiła nawiązać kontakt z publicznością, wspólnie żartowała. Naprawdę coś fajnego. Szkoda tylko, że jej show trwało tak krótko- niecałe 40 min...

Niedziela

Niedzielny program zapowiadał się najbardziej chilloutowo z wszystkich dni. Na scenie Madcon, Stereo MCs, Samy Deluxe, La Coka Nostra, Clueso, Kid Cudi, Olli Banjo. I jak dla mnie chyba najbardziej bezbarwny dzień. Madcon dość fajne show jak na tak wczesną porę - ale nie powalili. Moim highlightem tego dnia był chyba Samy Deluxe, który wystąpił wraz z żywym bandem. Samy wie co to show. Całe jego show to majstersztyk. A jego freestyle na temat kondycji niemieckiego rapu to było coś niesamowitego. La Coka Nostra dali moim zdaniem przeciętne show. Taki typowy koncert hiphopowy bez żadnych większych fajerwerków - nie licząc Jump Around. Podczas koncertu Clueso i Olli Banjo doszło do śmiesznej sytuacji. Clueso to taki trochę niemiecki Justin Timberlake, a Olli Banjo to niemiecki raper z jednym z lepszych liveshow. Występowali w tym samym czasie. Clueso na scenie dużej, Olli Banjo na małej. Śmiesznie wyglądało to, że na scenie przy Olli Banjo ludzie się prawie nie mieścili, a na Clueso było góra z 300 osób. Ostatnim koncertem, na który się udałem, był Kid Cudi. Dobry show, o dziwo swoje przyśpiewki śpiewał na żywo i nawet za bardzo nie fałszował. Swój występ zakończył kawałkiem Day`n`nite, na początku w wersji hiphopowej przechodząc do wersji zremiksowanej. To była prawdziwa bomba imprezowa.

Pogoda. Jak zwykle padało przez 3dni. Ale to już tradycja. Splash w końcu nie na darmo nazywa się Splash!. Ale z całą pewnością był jednym z głównych czynników, czemu tak mało osób przyjechało na tegoroczną edycję. Szacuje się, że było tylko ok. 9000 osób. Życie na campingu? Było śmiesznie, pijacko i high. Sąsiadów mieliśmy spoko. Za dużo to nie spałem, ale to normalka na festiwalowym polu namiotowym. Kolejny negatyw. Nagłośnienie. Z porównaniem do poprzednich lat, czułem się jak na jakimś wiejskim jarmarku, a nie międzynarodowym festiwalu. Cóż, oszczędzać trzeba było niestety i na tym. Podsumowując. Bawiłem się naprawdę przednio. Jeżeli słuchasz hip-hopu, na pewno będziesz się fajnie bawił. Jednak była to najgorsza edycja z wszystkich, na których byłem. Miejmy nadzieję, że w przyszłym roku organizatorzy naprawią swój błąd. Do zobaczenia w przyszłym roku na wyspie!

 

 

 

5
Twoja ocena: Brak Średnia ocena: 5 (1 vote)

Komentarze

Dodaj komentarz