Po dekadzie obecności na scenie, Trina powraca z nowym albumem. Chociaż nigdy nie byłam jej fanką, ten album przypadł mi do gustu, nawet bardzo. Raperka nosi miano „Da Baddest Bitch”, za sprawą jej wyzwolonych tekstów, imagu, faktu, że jest odpowiednikiem Lil’ Kim. Zgodnie ze swoim drapieżnym wyglądem, potrafi nieźle dopiec, a do tego jest kobietą MC z niezłym dorobkiem.
Amazin’ jest je piątym studyjnym albumem. Poprzednie nie były rewelacyjne, były dobre, ale nie zachwycały. Prawdopodobnie, dlatego, że Trina tworzyła utwory, jakby z góry zakładała, że chce, aby były mainstreamowym sukcesem. Chciała robić hity, a niezbyt sukcesywnie jej to wychodziło. Owszem, zdarzały się wyjątkowe kawałki, ale płyty, jako całokształt nie robiły wrażenia. Nic straconego, bo Trina jest jak wino, im starsza tym lepsza.
Płyta Amazin’ ukazała się 4 maja, a jako oficjalny singiel, promował ją utwór „Million Dollar Girl”, który zdobył uznanie publiczności, nie koniecznie Hip Hopowej, dlatego, że to przykład takiego hitu, o jakim wyżej pisałam. Zawiera wszystkie składniki, które winny tworzyć przebój, wysokobudżetowy teledysk, taneczny bit, Keri Hilson- zdobywającą coraz większa POPularność, Diddiego (żywy dowód kasowego sukcesu, jak na pieniężny kawałek przystało) i jego gościnny wers. Nie porywa błyskotliwością, ale wpada w ucho, jest wręcz idealnym tłem podczas wydawania kasy, robienia zakupów w centrach handlowych. Jednak na płycie raperki nie chodzi tylko o kasę i to, co zdobyła czy osiągnęła. Jest to kompilacja wszystkiego po troszku. Otwierający płytę track Amazin’ to przesłanie, w którym artystka tłumaczy, dlaczego jest wyjątkowa, odbywa podróż do przeszłości, tłumaczy, że nie było jej łatwo, i dociera do chwili obecnej. Ciekawa pozycją jest „Ding A Ling”, w którym gości równie kontrowersyjna Nicki Minaj oraz Lady Saw- coś dla feministek. Na płycie pojawiają się dwa duety z Monicą, muszę przyznać, że ma ostatnio dużo pracy, pozostając w tle innych. Oby dwa ocierają się, typowo jak to przy duetach z Monicą, o R’N’B. W kawałku „Make Way” Trina kieruje uwagę słuchaczy na osobistą stronę jej persony. Adresuje go do wszystkich zawistnych, tych, którzy zawsze stawali jej na drodze lub próbowali wdeptać w ziemię. Używa metafory, która mówi, że mają się odsunąć z drogi, kiedy ona błyszczy. Moim faworytem jest „On Da Hush”(feat. Shonie) , wolniejszy jam, odnośnie pewnej skomplikowanej sprawy damsko męskiej.
Płyta na pewno znajdzie uznanie wśród mainstreamowej, głownie żeńskiej publiczności, a to nie oznacza, że panowie nie mogą znaleźć czegoś dla siebie. Trina udowadnia, że tak jak zapowiedziała, dorosła i dojrzała. Można wątpić, ale trzeba mieć na uwadze fakt, że zawsze była artystką pokroju XXX (ten, kto pamięta utwory Ala „No Panties” z Tweet i Missy, ten wie). Trina była i jest niegrzeczną dziewczynką- MC-, która zasila szeregi pań tworzących dobre (nie rewelacyjne), hip hopowe utwory.
http://www.youtube.com/watch?v=yNgD6nGmD7c
Komentarze
Dodaj komentarz